Whisky, ananas, Natala i koala

Whisky, ananas, Natala i koala
Whisky, ananas, Natala i koala

Whisky

Poniedziałek w firmie minął jak zwykle kurewsko ciężko. Setki odebranych maili i telefonów wyprowadziłby z równowagi nawet wagon buddyjskich mnichów. Od kilku lat każdy poniedziałek wygląda tak samo. Istne urwanie dupy. Płodny w nowe pomysły weekend nie pozwolił klientom nawet na chwilę spocząć. Jest dopiero początek tygodnia i już wszystko jest na wczoraj. Na porannym sprincie zespół omawia najważniejsze etapy wdrożeń projektów. Wtrącam parę słów, aby wiedzieli, w jakim kierunku mają zmierzać. Później czarna kawa, znowu maile, kolejne spotkania i zarząd. Powiedzieć, że nienawidzę poniedziałków, to tak jak by nic nie powiedzieć. Na szczęście ten dzień zmierzał ku końcowi.

Ananas

Moja środa zaczęła się wcześnie rano we wtorek. W zasadzie mógłbym nazwać ten wpis szalony wtorek, ale nie o dzień tygodnia chodzi. Natalia zwykle o tej porze biega. Tego poranka zaplanowała zupełnie coś innego. Coś, czego nie mogłem przewidzieć. Obudziłem się kiedy, delikatnie wsuwała go w swoje miękkie niczym aksamit usta. Robiła to bardzo powoli i dostojnie. Nigdzie się nie spieszyła. Doskonale wiedziała, że tak lubię. Muskała go ustami zaciskając je na łączeniu napletka, obracając językiem dokoła główki. Zsuwała i zaciągała skórkę, wkładając go coraz głębiej. Kutas przeciskał się między migdałkami, ze znajomym uczuciem zaczepienia i plaśnięcia przy wyciąganiu. Robiła to doskonale. Nikomu by nawet przez myśl nie przeszło, że pani mecenas potrafi takie sztuczki. Delektowałem się chwilą, a Natka moim kutasem, zasysając główkę i wyciskając przeźroczysty soczek. Rozkoszując się przy tym każdą kroplą. Czułem jak odlatuje, trzymałem za lśniące blond włosy i bujałem jej głową w rytm fal, które delikatnie kołysały całą sypialnią. Powoli, lecz sukcesywnie z wielką satysfakcją docierała do finału. Skończyłem głęboko w gardle, drżąc cały, jak by w jednej chwili wszystko wkoło ogarnął przeraźliwy chłód. Tylko mocne uderzenia serca przerywały głuchą ciszę. Krótką chwilą świat zatrzymał się w miejscu. Ten błogi stan przyniósł rozkosz i ukojenie w jednym, wszystko, czego potrzebowałem na dobry start.

Natala

Czas upływał komfortowo i przyjemnie niczym ekskluzywny rejs wypasionym jachtem po Karaibach. Bez większych przeszkód dotarłem do wczesnych godzin popołudniowych. Jeszcze tylko lunch-spotkanie i fajrant na dzisiaj. Lubię takie dni, kiedy wszystko układa się po mojej myśli, bez nadmiernego wysiłku i zakłócania wewnętrznego ducha zen. Mógłbym tak żaglować całe życie, niesiony sprzyjającym prądem ciepłych pływów oceanicznych. Niestety tak się nie da, czasami pojawiają się mielizny i skaliste porty. Ten dzień rzeczywiście należał do wyjątkowych. Kiedy wróciłem z lunchu, nikogo już nie było, biuro zrobiło się olbrzymie, puste i ciche, niczym ul bez pszczół. Benzinger wskazał osiemnastą jedenaście. Czas się zbierać, chwyciłem marynarkę, maka pod pachę i prędko wyszedłem z biura. Zaparkowałem na podjeździe przed domem, rozejrzałem się dookoła, wziąłem głęboki wdech. Nareszcie w domu! Jestem pierwszy, przed Natalią. Słońce niespiesznie ciągnęło na sznurku horyzont w dół. Maciej, mój znajomy, szef kuchni właśnie kończył przygotowywać kolację składającą się z owoców morza. Dom był czysty i pachnący, pani Jadzia się dobrze postarała. Podziękowałem, rozliczyłem i odprawiłem oboje do domów, zamawiając im taksówkę. Pod moją nieobecność wykonali kawał dobrej roboty. Gdyby nie ich pomoc, byłbym głęboko w czarnej dupie. Chwilę jeszcze krzątałem się po domu bez celu i zanim skończyłem brać prysznic, czerwone Volvo stało na podjeździe.

Koala

Piękna kobieta, udana kolacja uwieńczona we właściwym miejscu – ten wieczór nie mógł skończyć się inaczej. Leżeliśmy w bezruchu, upajając się chwilą, leniwie sącząc bąbelki. Nad nami unosiły się hektolitry dymu wymieszane z zapachami naszych ciał. Gdzieś obok, zupełnie przypadkowo porozrzucane ubrania, podarte koronki od Lise Charmel. Otwarte butelki po prosecco, które do złudzenia przypominały poranny krajobraz uliczek z Neapolu. Natalia wstała i leniwym krokiem z nogi na nogę, kręcąc zalotnie pupą, wyszła na taras. Odprowadziłem ją wzrokiem, i postanowiłem, że do niej dołączę. Zbliżając się, na przywitanie dałem jej soczystego klapsa w tyłek. – Ałaa! – syknęła ponętnie, tak jak by prosiła o kolejnego. Przytuliłem ją od tyłu, odgarnąłem włosy i zacząłem taniec językiem na szyi. Wiedziałem, czego oczekuję, że tego chce. Natka lekko wypięła pupę, odsłaniając swoją mokrą szparkę. Nie mogłem się powstrzymać. Staliśmy nago na tarasie, ale ta myśl, że ktoś nas ukradkiem podgląda, jeszcze bardziej wzbudzała żądzę zrobienia tego tu i teraz. Jak by kierował nami pierwotny instynkt. Totalne zezwierzęcenie. Wszedłem do samego końca. Oparłem Natalie o barierkę, przyjąłem wygodną pozycję i zacząłem ją rżnąć na oczach wszystkich moich sąsiadów. Rytm, jaki nadałem naszym ciałom, był podobny do tyknięć wskazówki zegara. Nigdzie się przecież nie spieszyliśmy. Dokładnie wchodziłem kutasem w głąb soczystej cipki, a soki spływające po udach, tylko mocniej podgrzewały atmosferę. Kleiliśmy się do siebie, ale w niczym nam to nie przeszkadzało. Wchodziłem i wychodziłem, powoli tak jak bym chciał, aby ta chwila trwała wiecznie. Pomimo chłodu, jaki panował o tej porze, było nam bardzo gorąco. Natka z trudem łapała kolejne oddechy, jak by brakowało jej powietrza. Płytki oddech nie przeszkadzał jej w wyniosłych chwilach rzucać wulgaryzmami. Prawdziwy temperament dziwki plus dostojna elegancja.

Kim jest Pan Wyrafinowany? Być może to osoba, którą mijasz rano w metrze, pospiesznie jadąc do pracy. A może to osoba, z którą zderzyłeś się wózkiem w sklepie. Pędząc jak szaleniec do długiej niczym za komuny kolejki do kasy. Być może to sprzedawca w kiosku, w którym kupujesz miejski, Newsweek lub wkłady do e-papierosa. Jestem taki jak Ty. Codziennie rano wychodzę z domu, pracuję, robię zakupy, wracam do domu i kładę się spać. Czasami opisuję to, co przeżyłem albo to, co chciałbym Ci przekazać. Przeczytasz?

Zostaw odpowiedź :

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany!

− 1 = 4